środa, 31 sierpnia 2016

Wrócila!

Moje balkonowe zwierzatko domowe, ktore zagniezdzilo mi sie w pelargoniach, nagle zniknelo, a bylo to tak. Pelargonie maja to do siebie, ze przekwitaja. Zeby zmotywowac kolejne paczki do rozkwitu, trzeba obrywac regularnie te przekwitle. Zreszta one gubia platki i zasypuja nimi balkon. Obrywajac wiec, nie myslalam za bardzo, ze rujnuje dom mojego zwierzatka. Ale kiedy nastepnego dnia nie znalazlam pajeczycy w kwiatkach, rzucilam sie szukac w koszu na odpadki, ktory stoi pod stolikiem. Trudno uwierzyc, ale ja tam znalazlam, wiec ostroznie przenioslam z powrotem na kwiatki. Cos ze dwa dni na nich siedziala, taka zwinieta w klebuszek, a potem zniknela.



Oczyma wyobrazni zobaczylam ja pakujaca swoja chudobe, zarzucajaca wezelek na kij i odchodzaca z wielkim fochem na inny, bardziej przyjazny balkon. Przykro mi sie zrobilo, nie powiem, ale co moglam poradzic.
I nagle... pojawila sie znowu! Wrocila! Wprawdzie nie na kwiatek, ale ktoregos dnia zobaczylam ja na siatce. Byla znacznie wieksza, juz nie taka przezroczysta, bardziej wlochata i pewna siebie, ale to byla na pewno ona!








Nie chciala mi powiedziec, gdzie tak dlugo sie podziewala, ani jak dlugo ma zamiar zostac, siedziala na tej siatce prawie bez ruchu i milczala tajemniczo. Uszanowalam jej potrzebe milczenia, moze tak chciala mi dac nauczke za zniszczenie jej mienia?





wtorek, 30 sierpnia 2016

A tu sie pali jak cholera!

Zrodlo
W niedziele krotko przed 16.00 zawyla syrena alarmowa, umiejscowiona na dachu pobliskiego budynku. Jak dotad wyla sobie zawsze w kazda pierwsza sobote miesiaca, rowno w poludnie, celem sprawdzenia, czy dziala bez zarzutu. Tym razem jednak zawyla w porze nietypowej i akurat w dniu, kiedy opublikowalam na blogu post o zagrozeniu wojna w Europie. Nie powiem, podniosly mi sie wlosy na glowie i wszedzie indziej, po czym zaraz rzucilam sie do internetow, zeby na lokalnych stronach wyczaic, co sie dzieje. A musialo dziac sie cos nietypowego, skoro wzywano nasza dzielnicowa ochotnicza straz pozarna. Czyli miejska zawodowa potrzebowala wsparcia. Grubsza sprawa. W internetach wyczytalam, ze pali sie kompostownia i pomyslalam sobie, ze to wlasciwie drobiazg, no bo co tam sie moze palic. Odpady biologiczne?  Tymczasem okazalo sie, ze to naprawde bardzo gruba i niebezpieczna sprawa, do ktorej wezwano okolo setki jednostek, nie tylko ze wszystkich dzielnic Getyngi, ale i z okolic.


Jak okazalo sie dopiero w poniedzialek po calkowitym ugaszeniu ognia, nastapil samozaplon 500 metrow szesciennych kompostu, chyba na skutek tych nieludzkich upalow. A ze kompost to ubita masa, nie pomoglo polewanie po wierzchu i nawet te dwie burze i ulewy jak z wiadra, nie daly rady ugasic ognia. Malo tego, przedburzowy wiatr i suchosc przeniosly ogien na hale z maszynami na terenie kompostowni i wystepowalo zagrozenie, ze przeniesie sie na inne budynki. Straty liczone sa w milionach (co tam bylo takiego cennego?), a czarny dym opanowal nie tylko polnocne czesci miasta, ale niosl sie nad okoliczne miasteczka i wsie oraz utrudnial widocznosc na drogach. Najpierw wozy strazackie na zmiane jezdzily czerpac wode do Leine, podczas gdy inne gasily, bo kompostownia polozona jest w szczerym polu bez dostepu do hydrantow. A kiedy taki ruch wahadlowy nie przyniosl oczekiwanego skutku i kompost plonal jeszcze wiekszym ogniem, skonstruowano napredce kilkusetmetrowy szlauch, ktory przeciagnieto bezposrednio do rzeki i gaszono juz bez przerw na czerpanie wody.


Dzielni chlopcy walczyli z pozoga przez cala noc, a w poniedzialek pozostalo na terenie kilku dyzurnych, by rozgarniac pogorzelisko i dogaszac ostatnie ukryte iskierki, ktore moglyby, niedopilnowane, przerodzic sie w kolejny pozar.
No i gdyby nie internety, pewnie gowno bym wiedziala, bo ani dymu nie widzialam, ani go nie poczulam na tym moim przeciwleglym koncu miasta.





niedziela, 28 sierpnia 2016

Byc, miec czy przezyc.

Zrodlo
Blisko 3-4 pokolenia Europejczykow zyja w czasach pokoju. Wojny wydaja im sie czyms bardzo odleglym, egzotycznym wrecz. Gdzies tam w swiecie jakies dzikusy prowadza swoje wojenki plemienne albo USA wprowadza wlasna "demokracje" na bliskim albo dalszym wschodzie. Europie przeciez nic nie grozi, Europa wyciagnela daleko idace wnioski po drugiej wojnie swiatowej, Europa jest bezpieczna. No moze oszalaly Putin troche jej zagraza, ale gdzie tam, nie odwazy sie, bo za Europa stoi NATO z wielkim bratem zza oceanu na czele. Nie ma sie czym martwic.
Europa posunela sie o krok dalej, zaczela przyjmowac u siebie uciekinierow wojennych. W koncu trzeba dzielic sie nie tylko nadmiernymi zasobami finansowymi, ale i wlasnym bezpieczenstwem, zeby pokazac swiatu, ze Europa to laskawe panisko i przyjmie pod wlasne skrzydla tych straumatyzowanych  biedakow bez dachu nad glowa. Damy rade!
Poczucie bezpieczenstwa i dobrobyt rozleniwiaja umysl, a niesienie pomocy potrzebujacym bardzo dowartosciowuje. Laskawcy pozostaja glusi na ostrzezenia, chca byc swietsi od papieza, a swoja poprawnosc polityczna traktuja jako priorytet. Szczegolnie niebezpieczni sa ekstremalni lewicowcy, co najmniej tak niebezpieczni jak ci spod znaku swastyki, z ta tylko roznica, ze jednych wsadza sie za kratki z zarzutem ksenofobii i podburzania nacjonalistycznego, innym sie przyklaskuje, ze tacy dzielni. Jedni i drudzy jednakowo niszcza mienie, podpalaja, demonstruja i organizuja zadymy.
Przecietny obywatel ma w glowie jedno, zarobic tyle, zeby wystarczylo na piwko po fajrancie i wczasy z rodzina. I obysmy tylko zdrowi byli. Klasom wyzszym, ktore jeszcze chetniej bawia sie w dobroczynnosc, targane wyrzutami sumienia, ze maja wiecej niz inni, zalezy na wypasionym domu w dobrej dzielnicy, starannym, a co za tym idzie, drogim wyksztalceniu progenitury i zwiedzaniu swiata. Nie dopuszczaja do siebie mysli, ze cokolwiek moze im zagrazac, cokolwiek zaburzy ten blogostan, w koncu placa niemale podatki, daja ludziom miejsca pracy, wiec panstwo darzy ich specjalnymi wzgledami, bo jesli nie, moga przeniesc swoje firmy gdzie indziej. Tym samym politycy, dla poklasku, przescigaja sie w filantropii i wielkodusznosci wzgledem azylantow, pomyslach multi-kulti, a przywolywanie do rozsadku o zapewnienie bezpieczenstwa wlasnym obywatelom, przez mniejsze partie, okrzykuja neofaszyzmem i kampania populistyczna. Nikogo nawet przez chwile nie zaniepokoilo, ze do Europy przyjechalo 80% samotnych mlodych mezczyzn. Nikomu nie wpadlo do glowy, ze oni nie przyjechali tutaj po pomoc i ochrone, oni przybyli tu walczyc, podbic Europe. Co bardziej niecierpliwi juz zaczeli pokazywac swoje prawdziwe oblicza i to nie tylko najnowsi przybysze, ale i muzulmanie tutaj urodzeni, tu wyksztalceni, kolejne ich pokolenia, wydawaloby sie dosc zintegrowane.
Pewne zrodla doliczyly sie w Europie ok. 400 000 dobrze wyszkolonych wojownikow muzulmanskich, wliczajac w to zindoktrynowanych stalych mieszkancow z europejskim obywatelstwem. Nie jest juz kwestia CZY, ale KIEDY zacznie sie wojna, bo jest ona nieunikniona, nic jej nie powstrzyma. Zegar zaczal odliczac do tylu.
Politycy powoli odzyskuja przytomnosc i probuja ratowac, co sie da. Poszedl wiec delikatny apel do obywateli o robienie zapasow na wypadek katastrofy. Slowo wojna jeszcze nie padlo, ale z pewnoscia padnie. I ta wojna bedzie miala przebieg troche inny od znanej  Europie, poprzedniej. Najpierw zostanie wywolany chaos, uderzenie nastapi w sterowane elektronicznie elektrownie, ujecia wody, komunikacje, media. Pozniej zacznie sie polowanie na ludzi, zabijanie mezczyzn i maltretowanie kobiet i dzieci. Spladrowane sklepy beda swiecic pustkami, a nowych dostaw nie bedzie.
Co mnie zdumiewa, przewaga Niemcow nie bierze tych apeli powaznie, nie tylko nie maja zamiaru robic zapasow, ale kpia i wysmiewaja tych, ktorzy wzieli zalecenie na powaznie.
Pycha spowodowana zludnym poczuciem bezpieczenstwa predzej czy pozniej odbije im sie czkawka.






sobota, 27 sierpnia 2016

Dostalam cynk.

Zgermanizowany polski kot.
Jedna z moich czytelniczek przeslala mi na maila link do posta na blogu osoby, z ktora nie mam i nie chce miec do czynienia, o czym wyraznie napisalam w komentarzu pod jednym ze starszych moich wpisow. Kto wie, ten wie, a kto nie wie, niech sobie glowy nie zawraca, bo nie warto. Mimo, ze osoba zostala przeze mnie poinformowana, iz nie chce miec z nia nic wspolnego, nadal wyciera sobie mna twarz. Musi, zyc nie moze bez upuszczenia na moj temat zlego slowa.
A poszlo o TEN artykul w Wirtualnej Polsce. Sam jego tytul sugeruje, ze dzieje sie cos strasznego, koty sa "wywozone" (sila?), a nie wylapywane w celu oddania do adopcji za granica. Taki maly szczegolik, a jakby robi roznice.
Chce tylko dodac, ze w Niemczech preznie dziala wiele stowarzyszen zajmujacych sie ratowaniem bezdomnych zwierzat spoza kraju i organizowaniem dla nich domow adopcyjnych w Niemczech. Bardzo sprawnie przebiegaja adopcje glownie ulicznych psow, ale i kotow z Hiszpanii, Portugalii, Rumunii i rowniez z Polski, choc w mniejszym zakresie.
No i pod rzeczonym postem zawrzalo w komentarzach! Nie bedzie Niemiec plul polskim kotom w twarz i ich germanil! Bo polskie koty maja sie rozmnazac dla dobra Najjasniejszej Katolickiej, dla niej ginac, zdychac na ulicy i polskie myszy lapac! To policzek przeciw polskosci spod znaku bialo-czerwonej i Polski walczacej. Nie lubimy Niemcow w ogole, a teraz juz szczegolnie, bo dla polskiego kota lepszym jest bezdomne, chore i glodne zycie, rodzenie dwa razy do roku w ojczyznie od wypasu i spokojnego cieplego zycia, ale na obczyznie. No szok, skandal i porubstwo!
Jedna tylko komentatorka zauwazyla przytomnie, ze przeciez te panie, ktore koty wylapuja to Polki, ktore dalej sprzedaja te koty do Niemiec. I teraz nasuwa sie pytanie, czy to cwaniary, ktore ze zniemczania polskich kotow zrobily sobie sposob na zycie i trzepia na tym niemala kase, czy tez sa to anioly w ludzkiej skorze, ktorym na sercu lezy dobro tych zwierzat i poprzez swoja dzialalnosc umozliwiaja im zycie w godnych warunkach.
Natychmiast owa komentatorka zostala odsadzona od czci i wiary, a nawet UWAGA! porownana do mnie, najwiekszej polskozerczyni w internecie! Zero merytorycznego odniesienia sie do tematu "wywozenia" polskich kotow (na roboty?) do Niemiec, czy chocby tylko akceptacji, ze dobrze sie dzieje i ze koty beda mialy lepiej. Male trzesienie ziemi, bo to Niemcy, a nie np. Anglia.
Wnioski pozostawiam Wam.






piątek, 26 sierpnia 2016

Dzieci wojny.

Zrodlo
Niedawno swiatowe media obieglo zdjecie chlopca siedzacego w karetce, uratowanego po zbombardowaniu Aleppo. Dziecko jest brudne, ranne, zakrwawione i nieskonczenie smutne. To zdjecie pokazuje, jak wielkie dramaty rozgrywaja sie na terenie Syrii, jakie tragedie dotykaja najmniej winnych tej wojny. Tak przy okazji zapewne wszystkie media, a zwlaszcza polskie grzmialy swietym oburzeniem, ze to akurat bombardowanie wyszykowali Syryjczykom Rosjanie. Taka gratka, zeby wkrecic do emocji nieco antyrosyjskiej propagandy, nie ogladajac sie na caloksztalt i przemilczajac wlasciwego sprawce tej wojny. Zreszta nie tylko tej. Wszyscy mocno wspolczuja temu dziecku, placza nad jego losem, ja natomiast mam przed oczyma inne sceny, jak filmik TUTAJ na przyklad. Albo TUTAJ. Jaka jest gwarancja, ze temu wlasnie smutnemu dziecku juz nie zostala zaszczepiona nienawisc do nie muzulmanow? Moze on tez juz cwiczyl na zabawkach?
Jatke na kurdyjskim weselu w Turcji jakis tydzien temu spowodowal 12 czy 14-latek, od kolyski zindoktrynowany przez fanatykow religijnych. Owinal sie pasem szahida i poszedl spokojnie na wesele. Efekt: ponad 50 trupow i niezliczeni ranni. A co powiecie na TO? Chlopiec ma 12 lat i sluzby w ostatniej chwili zdarly z niego pas z materialami wybuchowymi.
Ja wiem, ze nie nalezy uogolniac, wiem, ze nie wszyscy, wiem... wiem... wiem... Ale nic nie poradze, ze widze w tym dziecku potencjalnego terroryste i morderce.
Kto nie ma muzulmanskich dzieci w sasiedztwie, nie zdaje sobie sprawy z tego, jak one wszystkie patrza na nas. Gdyby wzrok mogl zabijac...






czwartek, 25 sierpnia 2016

Lidka wszystko wyzbierala, u nas tez.

No bo zacheceni Lidkowymi raportami na fejsie, ile to nie nazbierala grzybow i ze te grzyby juz Jej nosem wychodza, z ich nadmiaru oczywista - pojechalim do lasu poweszyc. Wyweszylim kilka maslakow i trzy zajaczki. Ani chybi Lidka i u nas wyzbierala. NIC, no kompletnie NIC. Ale co pochodzilismy, to nasze.
Pogoda byla bardzo w kratke, dosc silny wiatr szybko przeganial chmury, wiec mielismy wszystko: slonce, zachmurzenie, a nawet kilka kropel deszczu.






A potem nagle slonce zaszlo i las z przyjaznego przemienil sie w grozny i straszny.



A na sam koniec zaczelo kropic, wiec pospieszylismy do samochodu i przed odjazdem stamtad nie powstrzymalo nas nawet to, ze deszcz tak szybko sie skonczyl, jak zaczal. Pozniej slonce znow sie pokazalo, wiec jako ze mielismy po drodze, wpadlismy na chwilke do ruin zamku Plesse pogapic sie na piekne widoki az po horyzont.











Zauwazcie, ze niektore drzewa lisciaste juz zaczynaja zmieniac szate na jesienna. Zielen wprawdzie jest jeszcze w przewadze, ale i ona nabrala juz tej przedbrazowiejacej glebi.
W domu zrobilismy sobie jajecznice na tych kilku grzybkach, ktorych nawet nie fotografowalam, bo i po co narazac sie na Wasze (a zwlaszcza Lidki) szydercze usmiechy. Nnno!
Acha, cos jednak z tego lasu przywiozlam: kleszcza.






środa, 24 sierpnia 2016

Zlosliwosc losu.

No ja nie wiem, jakiego trzeba miec pecha. Czlowiek tyra przez caly tydzien w upale, a kiedy nadchodzi weekend pogoda sie psuje. Tak wlasnie bylo w ubieglym tygodniu, w sobote slonce postanowilo zastrajkowac i dobrze, ze choc nie padalo, wiec zaryzykowalismy wycieczke rowerowa. Znudzilo nam sie wciaz jezdzic nad jeziorka, wiec tym razem pojechalismy na polnocny zachod, w strone naszego bylego miejsca zamieszkania. Jechalismy sobie wzdluz rzeki Leine, pozniej wzdluz Grone - tam, gdzie swego czasu pokonywalam kilometry spacerujac z Fuslem. Pierwszy przystanek zrobilismy pod autobana, w miejscu, gdzie Fusel zawsze schodzil do rzeczki, zeby sie napic i zamoczyc lapecki. To jedno z nielicznych miejsc, gdzie dostep do wody nie jest ograniczony gestymi zaroslami i stromym brzegiem, nieprzyjaznym dla krotkich jamniczych lapek.






Dalej Grone wpada do Leine, wiec droga znow prowadzi nad ta ostatnia rzeczka. Niby drzewa jeszcze calkiem zielone, ale rosliny obrastajace laki (uonki) nad rzeka przybieraja juz przedjesienne kolory. Widok niezwykle smaczliwy.



Po przeciwnej stronie rzeki majacza w oddali zabudowania polnocnych dzielnic Getyngi, budynkow uniwersyteckich czy tez wiaduktu autostradowego (drugie zdjecie), pod ktorym jeszcze niedawno stalismy.



Powloczylismy sie po naszych starych zakamarkach, powspominalismy sobie dawne lata i pomknelismy dalej, zatrzymujac sie dopiero obok odkrytego niedawno przeze mnie stawu, gdzie na wyspie samica labedzia wysiadywala jaja. Teraz juz prowadza calkiem duze mlode, ale nie zdolalam ich sfocic przez geste krzaki porastajace brzeg stawu. A kiedy doszlam do jedynego miejsca z dostepem do wody, czekal juz tam na mnie ojciec rodziny i ostrzegawczo syczal.




Slubny odpoczywal sobie na lawce, a ja latalam wokol stawu w nadziei, ze znajde jakies mniej zarosniete miejsce na brzegu. Nadaremnie jednak.



I to juz w zasadzie koniec wycieczki. W tym pogodowym pechu mielismy jednak odrobine szczescia, bo dopiero po naszym powrocie do domu zaczal padac zapowiadany deszcz.