piątek, 17 marca 2017

Żegnam was,

już wiem,
nie załatwię wszystkich pilnych spraw
idę sam, właśnie tam gdzie czekają mnie...

oraz, skoro juz tak piosenkowo polecialam, wielki przeboj Vicky Leandros z roku 1974, ktory do dzisiaj sie nie zestarzal i kazdy Niemiec, kiedy slyszy, ze pochodze z miasta Uc, albo mi to spiewa, albo co najmniej pyta czy znam. Tytul tego evergreen´u to Theo, wir fahr’n nach Lodz.


I tak niemiecka Greczynka (grecka Niemka?) spiewajaca o polskiej Lodzi dorobila sie przeboju, ktory uczynil ja zamozna osoba. To nadal sie sprzedaje!

A ja zegnam sie z Panstwem na tydzien z malym hakiem, planuje byc z powrotem w domu w niedziele 26 marca, gdzies pod wieczor. No i mam nadzieje, ze bedziecie tesknic.





czwartek, 16 marca 2017

Qual der Wahl.

Zdjecie Joasi
Czyli udreka wyboru.
A chodzi o wybor imienia dla psiny. Tym razem nie rozpisuje konkursu na imie, a tylko opowiem, jak ja sie mecze przy wyborze. Z chlopem nie mam co dyskutowac, bo on ma zawsze idiotyczne pomysly i zapewne bez wzgledu na wybor, i tak bedzie ja nazywal po swojemu. Tak bylo przy dzieciach, na najstarsza wolal Havranek, na srednia prosiaczek, a na najmlodsza wolek. I nie pytajcie mnie dlaczego. Fusel nazywany byl dzidzius, a Kira ciotka. Nie ma wiec co z nim czegokolwiek ustalac, bo i tak cos idiotycznego wymysli.
Przelecialam internety, wybralam kilka imion. Przede wszystkim chcialam, zeby imie bylo krotkie, wyraziste, nie za bardzo psie, oryginalne. No czy ja za duzo wymagam?
Podczas spotkania z corkami zrobilysmy niewielka burze mozgow. Sami rozumiecie, ze to imie musi brzmiec dobrze zarowno po polsku, jak i po niemiecku, odpadl wiec moj faworyt czyli
DUSCHKA (Duszka, ale pisana po niemiecku, zeby tu mogli przeczytac). Dzieci orzekly, ze za bardzo kojarzylaby sie z... prysznicem, Dusche. Odpadka!
Z podobnych powodow musiala odpasc GAFA, bo Gaffer, ktorego w potocznej mowie wymawia sie wlasnie gafa, znaczy gap, gapiacy sie. Odpadka.
Dla tamtej czarnej suni mialam gotowe fajne imie, LAVA. Pasowalo mi do tej jej czerni, a ta jest zlotawa, wiec jaka z niej Lava? Odpadka!
HUBA i JAGA nie znalazly uznania u dzieci. Nie to, zeby sie w jakikolwiek sposob kojarzyly ze slowami niemieckimi, ale po prostu nie podobaly im sie. Odpadka!
W miare dogadana byla VIVA, choc mnie do konca nie zachwycila, jakos nie pasuje mi do suni, sama nie wiem. No i jest to nazwa fundacji na rzecz zwierzat. Viva? Odpadka.
Ostatnie, co mi przyszlo do glowy to imie, ktore natentychmiast wskazywaloby, czyj to pies, a mianowicie MOYA (Moja). Rzecz jasna ani to po niemiecku, ani wyraznie po polsku, ale tym oryginalniej. Tego jeszcze z nikim nie konsultowalam.
Jezeli, widzac powyzsze kryteria, mielibyscie jakis bombowy pomysl, to piszcie. Mnie juz sie natchnienie wycierpialo. A przeciez musze miec dla suni jakies imie, kiedy bede ja odbierac. Sama wyprawka nie wystarczy.





środa, 15 marca 2017

W niedziele...

... juz nie bylo tak przyjemnie cieplo jak dzien wczesniej, pizdzilo nieprzytomnie, a slonko czesciej bylo schowane niz chcialo przygrzewac. Nie powstrzymalo nas to przed 9-kilometrowym spacerem, ale tym razem udalismy sie w innym kierunku. Nad Kiessee z pewnoscia bylyby tlumy, jak to w niedziele. Zreszta ile mozna lazic nad zieziorko*). Polezlismy wiec na Dransfelder Rampe, stara trase kolejki waskotorowej. Nawet niespecjalnie bylo co fotografowac, wiec tym razem zdjec bedzie niewiele.









Tak sobie szlismy i wspominalismy:
- O, tu Zabcia zawsze wchodzila do strumyczka.
- A tutaj jest glebiej, wiec nieraz sie wykapala.
- A tutaj... to...
- A tam... tamto...
Tak bardzo jej brakuje, a wszystkie zakatki i zakamarki przywodza bolesne wspomnienia. Nie ma w okolicy miejsca, gdzie bym z nia nie spacerowala, nie bylo wody, do ktorej by nie wchodzila, czy to strumyk, czy rzeka, czy ziezioro.
Jej brak jeszcze tak boli...

*) Wyjasnienie, skad wzielo sie "zieziorko":
Swietne masz tereny w poblizu domu, zieziorka zazdroszcze...(zieziorko...tak mowi moj wenezuelski maz, wymowic mu"j" jest strasznie pracowicie...)
No i spodobalo mi sie,  postanowilam sobie przywlaszczyc, pierwej upewniwszy sie, ze nie jest to opatentowane sformulowanie i ze nie poniose kosztow licencyjnych. Dostalam blogoslawienstwo:

uzywaj uzywaj i rozglaszaj slawe Wenezuelczyka
No to uzywam i rozglaszam.






wtorek, 14 marca 2017

No i wiosna!

Wreszcie! Wreszcie pokazalo sie slonce. Wreszcie przestalo wiac, kapac, siapic i mzyc. Wreszcie!
Pokazaly sie kolorowe akcenty na burej zgniliznie ubieglorocznych lisci, wyprysnely kotkowe bazie na nagich jeszcze galazkach, na innych niesmialo pojawiaja sie zielone listki.






Ptaki nie moga sie skoordynowac. Podczas gdy jedne juz wysiaduja jaja na gniazdach, inne dopiero zdecydowaly sie powracac z cieplych krajow, a jeszcze inne w najlepsze dopiero randkuja i tokuja. Dzieje sie na jeziorku, oj dzieje! Jest ruch w interesie, ptaszory krzataja sie, flirtuja, buduja, ocieplaja, kloca sie, przeganiaja z miejsca na miejsce albo po prostu dokonuja dokladnej toalety, udajac ze nie zwracaja uwagi na partnera, jak para labedzi, ktore w koncu powrocily.











Tym razem chcielismy wracac inna droga, do ktorej skrecilismy na skroty i odkrylismy cos, o czym nie mielismy bladego pojecia, jako ze nigdy nie wpadlo nam do glowy tamtedy, po tych manowcach sie przemieszczac. Otoz w srodku niczego stoi sobie brama. Nie ma przynaleznego do niej plota czy innego ogrodzenia, nie ma sladu jakiejkolwiek drogi, ktora by tam wiodla, ani zadnych resztek zabudowan, ktore tlumaczylyby obecnosc tejze bramy w tym miejscu. Zagadka.


Kawalek dalej schody, tez nie wiadomo, skad tam sie wziely, ale sadzac po wygladzie, byly tam juz za krola Cwieczka.


Normalnie nikt tamtedy nie chodzi, nie ma sciezek, nic. Ale cos tam kiedys musialo byc. Poszperam troche, popytam moze na grupie getynskiej na fb, moze ktos ze starszych mieszkancow bedzie wiedzial, to Wam powiem*).
Przeszlismy obok stawow wyrobiskowych obok starej cegielni i minelismy cos w rodzaju poprawczaka dla niegrzecznej mlodziezy. To taki na wpol otwarty osrodek, gdzie bachory resocjalizowane sa m.in. przez prace w ogrodnictwie. Na pierwszym planie wielka szklarnia.



I to tyle na dzisiaj. Coraz trudniej mi sie chodzi, ostroga na piecie powoduje silne przenikliwe bole stopy. Dlugi czas po takich spacerach kustykam po chalupie, bo nie moge stapnac na calej stopie. Pokupowalam sobie zelowe wkladki do butow, bo bez nich chyba w ogole nie moglabym chodzic. W koncu bede musiala wybrac sie do znachora, bo bole staja sie nie do wytrzymania. Tylko czy ja mam czas na takie kaprysy, jak chodzenie po lekarzach?

*) Dowiedzialam sie! Wrzucilam zdjecie na strone getynska i, jak przypuszczalam, znalezli sie tacy, ktorzy wiedzieli. Otoz dawno temu stala w tym miejscu okazala willa onegdajszego wlasciciela cegielni. Nikt jednak nie wiedzial, dlaczego zostala zrownana z ziemia, moze byla zbombardowana w czasie wojny? Zostala tylko brama. Jeden z czlonkow grupy wkleil nawet bardzo stare i niewyrazne zdjecie tej willi (zaznaczona strzalka). Zwroccie uwage, jak puste wydaje sie jeziorko, nie porastaja go jeszcze zadne drzewa, a wysepka jest calkiem gola.

Zdjecie ze zbiorow Volker Stellmacher








poniedziałek, 13 marca 2017

Stare pudlo.

No nie da sie ukryc, ze ten czarny potwor, zolza nad zolzami - to mocno stare pudlo. Wlasnie skonczyla 10 lat. Nie zyczenia, a nalezne holdy beda przyjmowane dzisiaj od 10.00 do 18.00






niedziela, 12 marca 2017

Lustro.

Bylo to w czasach jeszcze przedslubnych. Przyjaznilismy sie z  wtedy z mlodym malzenstwem i to na tyle intensywnie, ze kiedy zapadla decyzja o naszym slubie, poprosilismy jego o swiadkowanie. Przygotowania szly pelna para, a w tamtych czasach nie bylo to wcale latwe. Przypominam, ze termin naszego slubu przypadl dokladnie na tydzien przed wprowadzeniem stanu wojennego, hulal kryzys i niczego praktycznie nie mozna bylo kupic. Tyle, ze dostalismy kartki na wodke "weselna", ktore wprawdzie wzielismy (bo sie nalezalo), ale zaraz je sprzedalismy, a chetnych nie brakowalo. My zas niepijacy i tak nie wyprawialismy hucznego wesela, poprzestawszy na uroczystym obiedzie dla najblizszych. Ale ja nie o tym...
W ktoryms momencie przyszly swiadek pyta, co bysmy chcieli w prezencie slubnym, bo on ma pomysla, ale sa przeszkody. Otoz jakis jego kuzyn czy inny pociotek para sie wyrobem luster w bardzo ozdobnych ramach i on by nam takie lustro u niego zamowil, tyle tylko, ze dla nich cena jest zaporowa i mogliby pokryc tylko czesc. Jesli sklonni bylibysmy dorzucic do pelnej kwoty, to on juz leci zamawiac. Lustro podobalo mi sie na tyle, ze bez wiekszych oporow zgodzilam sie. Juz nie pamietam dokladnie kwot, ale bylo cos ok. 15.000 od kazdego z nas, czyli lustro kosztowalo ok. 30.000. Nazywalo sie, ze kuzyn sprzedaje mu taniej po znajomosciach i pokrewienstwach, wiec i tak sie oplaca. Ja cieszylam sie z prezentu i ze ubilismy dobry interes.
Minelo kilka miesiecy, sytuacja polityczna troche sie uspokoila, a do sklepow zaczely naplywac rozne towary, w tym te luksusowe. Inflacja jednak posuwala sie dalej, wprawdzie juz nie tak szybko, ale wszystko drozalo. Ktoregos pieknego dnia wlocze sie po Piotrkowskiej, calkiem bez celu i ogladam sobie wystawy. W pewnej chwili wzrok moj pada na wystawe sklepu z jakimis takimi ozdobnikami do mieszkan, lampy, zyrandole i... lustra. I co ja widze? Dokladnie takie samo lustro, toczka w toczke, ta sama wielkosc, ten sam wzor ramy, tylko cena jakas inna. Przecieralam oczy ze zdumienia, ale nie chcialo byc inaczej: 13.000. W sklepie, czyli juz z narzutem!
Wrocilam do domu, opowiedzialam wszystko mezowi, nie chcial uwierzyc i przypuszczal, ze moze to tylko jakies podobne lustro, moze producent inny, bo nie wierzyl, ze ci ludzie mogli wyciac nam az tak gruby numer. Zaciagnelam go wiec do sklepu, zeby przekonal sie na wlasne oczy. Nie bylo watpliwosci, lustro bylo takie samo.
Pozniej zaczelismy sie zastanawiac, czy dac tym naszym znajomym do zrozumienia, ze nas zrobili w bambuko, bo nie dosc, ze jakby sami sobie to lustro kupilismy, to jeszcze drozej niz gdybysmy kupowali w sklepie. Czy stawiac na szale nasza dosc bliska znajomosc, czy moze dac spokoj i zapomniec o sprawie. Gniotlo to nas jednak od srodka, ze ktos potraktowal nas jak durniow i jeszcze na nas zarobil. Powiedzielismy im o tym. Nie spodziewalismy sie niczego innego, jak pelnego zaprzeczenia, niewiedzy, nawet wzburzenia na kuzyna, ktory skasowal tak duzo, ale nikt sie slowem nie zajaknal o oddaniu tej nadplaty.
Znajomosc nie przetrwala.