czwartek, 21 września 2017

Maly pomocnik wyborcy.

 Tak tylko przypominam =>

Za trzy dni, jak wszyscy zaangazowani obywatele Republiki Federalnej Niemiec, idziemy do urn. Jest szansa cos zmienic, przeciwstawic sie dyktaturze Angeli i podobnym programom innych partii, cenzurze w mediach i dyskryminacji wlasnych obywateli. Juz teraz mowi sie, ze partia AfD (Alternatywa dla Niemiec) bedzie, po CDU i SPD, trzecia sila w parlamencie - to niezwykly wyczyn, wziawszy pod uwage, ze to mlode ugrupowanie. Ale tez jej wysoka pozycja swiadczy o tym, ze coraz wiecej ludzi ma dosc. Nie bede zaglebiala sie w szczegoly, bo ogolnie wszyscy wiedza, skad ta jej nagla popularnosc.
Znalazlam w internecie tabelkowe porownanie:

JA - wiadomo: TAK
Nein - NIE
JAIN - TAKNIE

Zabezpieczenie i kontrola granic

Likwidacja lub reforma oplaty RTV
Przyjmowanie azylantow bez ograniczen
Wliczanie do emerytury lat urlopow macierzynskich
Wzrost cen pradu ze zrodel odnawialnych
Splacanie dlugow innych krajow
Zwalczanie lewackiego ekstremizmu

"Islam nalezy do Niemiec"

Referenda na szczeblu federalnym
Reforma Unii lub jej opuszczenie


Wlasciwie nie wahalam sie, bylam zdecydowana juz wczesniej zaglosowac na AfD. Ta tabelka utwierdzila mnie tylko w mojej decyzji. To wszystko zaszlo juz za daleko, dosc poprawnosci politycznej, ja chce zyc po prostu bezpiecznie, nie drzec o wlasne corki i nie byc traktowana gorzej od naplywowych przestepcow tylko dlatego, ze oni sa bardziej opaleni.





środa, 20 września 2017

Jak zlapac latajacego kota?

Glosowanko =>

Odkad Toyka jest u nas, a wlasciwie odkad odkryla, ze kocie zarcie jej bardzo smakuje, a wskoczenie na blat kuchenny nie sprawia jej najmniejszej trudnosci, trzeba bylo cos wymyslic, bo koty stale chodzily glodne. Wystarczyla chwila nieuwagi, zapatrzenia sie w telewizor w salonie, a kocia miska byla pusta i wylizana do czysta. Tylko za czasow Fusla kocia miska mogla stac na podlodze, nigdy nic nie ruszyl. Kira juz chylkiem wyjadala, wiec postawilismy miske na blacie roboczym i to wystarczylo, nie siegnela, ale tez nie przyszlo jej do glowy wskakiwac na gore. Toyka przebila ich obydwoje, wiec kocie miski (obie jedza suche klocki, a Bulka dodatkowo je mokre) znalazly miejsce na kocim drapaku. Na razie Toya jeszcze nie rozkminila, jak sie tam wspinac, ale nie trace nadziei, wszystko przed nami.
Oba koty wskakuja na budke, z niej na szafke i bywa, ze wedruja sobie po polce nad telewizorem, a dopiero na koncu wchodza na platforemke, na ktorej lezy ich miska z suchym. Bulka schodzi stamtad normalnie, a Miecka wypracowala sobie schodzenie akrobatyczne. Mianowicie skacze z samej gory (kawal drogi) na kanape. Postanowilam wiec sfotografowac latajacego kota. Kiedy tylko idzie jesc, ja ustawiam sie z aparatem i czatuje, kiedy bedzie skakac. I tak kilka razy dziennie, bo jakos mi te zdjecia nie wychodza. Nastawilam bardzo krotki czas naswietlania, zeby uchwycic ja w powietrzu i zeby nie byla rozmazana, ale zdjecie wyszlo tak ciemne, ze malo co kota widac. Zaczelam eksperymentowac z ustawieniami i jak juz kot byl widoczny, to albo uchwycilam go jeszcze na drapaku, albo juz po wyladowaniu na kanapie. A za kazdym razem mam tylko jedna probe i potem znow musze czekac, kiedy wlezie na gore.
Oto moje dotychczasowe proby:

Robione wieczorem, wiec sztuczne swiatlo nie wystarczylo

Podczas dnia, ale tez za ciemne

Za pozno nacisnelam

A tu za wczesnie

No nie! Gdzie moj refleks?

Nooo... prawie, prawie!
Nie trace jednak nadziei, ze w koncu uda mi sie zrobic perfekcyjne zdjecie, a kiedy to nastapi, nie omieszkam sie Wam pochwalic.






wtorek, 19 września 2017

Wszyscy odchodza...

Kiedy wprowadzilismy sie do tego mieszkania w 2009 roku, na pierwszym pietrze mieszkali jeszcze bardzo sympatyczni panstwo, starsi od nas, rowniez z Polski, a konkretnie z Wroclawia, pani Wisia i pan Jurek. Mieli bialego kota, juz nawet nie pamietem, jak ta ich kotka miala na imie, bo moj slubny zawsze nazywal ja Potwor, zreszta adekwatnie do jej zachowania i stosunku do nas. Dla niej istnial tylko jej ukochany Jurus, byla jego oczkiem w glowie i calym swiatem, Wisie ledwie tolerowala w mieszkaniu. Jurek juz wtedy bardzo chorowal i jego zona sprawowala nad nim opieke. Ktoregos dnia upadla tak nieszczesliwie, ze bardzo skomplikowanie polamala sobie reke w barku, wiec nie tylko nie mogla pielegnowac Jurka, ale sama wymagala opieki i pomocy w najprostszych czynnosciach. Wtedy bardzo im pomagalismy, przychodzily tez opiekunki srodowiskowe. Pamietam, jak kiedys mylam u nich okna, a Potwor lezal rozwalony na parapecie i ani myslal zejsc, bronil dostepu, syczal na mnie i byl gotow do ataku. Musialam sie bronic i siknelam na nia plynem do szyb, chyba pobila rekord swiata w biegu na te kilkanascie metrow, jakie dzielily ja od szafy, gdzie znalazla azyl.
Wisia, po kilku operacjach, zostala w koncu poskladana na tyle, ze mogla jako tako funkcjonowac, natomiast Jurek z dnia na dzien coraz bardziej podupadal na zdrowiu i ktoregos ranka wpadla do nas zaplakana Wisia, ze wlasnie owdowiala. Zostal jej kot, bo jakos w tym samym czasie jeden z jej synow, ktory od lat mieszkal w Niemczech, zdecydowal sie wrocic z zona do Polski. Ich dzieci zostaly tutaj, ale porozjezdzaly sie na studia do innych miast. Wisia wyprowadzila sie z tego mieszkania, zamieniajac je na mniejsze, ale nadal mieszkala w poblizu i czesto korzystala z naszego auta z kierowca, kiedy trzeba bylo podwiezc Potwora na szczepienie albo przewiezc jej cos ciezszego. Miala tez zryw na powrot do Polski, gdzie zyli obaj jej synowie, ale po czterech miesiacach wrocila (przez ten czas na szczescie trzymala jeszcze mieszkanie) i orzekla, ze tam nie da sie zyc, ze ludzie tak sie pozmieniali, ze na wizyty lekarskie czeka sie za dlugo, ze nic zalatwic nie idzie i ze lepiej tutaj samej, a w okolicznosciach normalnych (to bylo jeszcze przed zalewem tych straumatyzowanych). Niedlugo potem zostal zamordowany jej "polski" syn, a z tym "niemieckim" nie miala specjalnie dobrych relacji, zwlaszcza z jego zona. Zyla wiec sobie spokojnie pod jednym dachem z Potworem, ktory ja w koncu jakos zaakceptowal i pokochal, a dla niej stal sie calym swiatem i najblizsza rodzina.
W ubieglym roku moj slubny byl juz umowiony na jazde na szczepienie, kiedy nagle musielismy sami jechac do Polski w zwiazku ze smiercia ojca, ale Wisia jakos zalatwila sobie, ze wet przyjechal do niej do domu i zaszczepil Potwora. W tym roku, gdzies miesiac temu znow zadzwonila, zeby umowic sie ze slubnym i dluzsza chwile rozmawialysmy. Skarzyla sie, ze Potwor, chyba juz pelnoletni, bardzo podupada na zdrowiu i co ona zrobi, jak przyjdzie co do czego. Pocieszalam jak moglam, ale wiadomo... Kotka zostala zaszczepiona, przy okazji zrobili jej porzadek w paszczy, stracila kolejne zabki, ale po powrocie do domu jadla z wielkim apetytem, bo juz ja w pyszczku nie bolalo i wydawalo sie, ze najgorsze zostalo zazegnane. Tymczasem kilka dni temu znow zadzwonila, bo stan kici mocno sie pogorszyl, krecila sie w kolko, obijala o meble, plakala chyba z bolu. Pojechali ze slubnym do weta, ktory dal jakis zastrzyk, kazal obserwowac, czy sie polepszy, ale przygotowal ja na najgorsze, bo podejrzewal nowotwor, ktory prawdopodobnie zaatakowal mozg. Nastepnego dnia nie pozostalo Wisi nic innego, jak pozwolic kotce godnie odejsc, stan jej byl beznadziejny. Zostala zupelnie sama...
Zadzwonilam do niej, oferujac wszelka pomoc i probujac podtrzymac na duchu, ale sama wiem, jak to jest, kiedy trzeba podjac te najciezsza w zyciu decyzje i pozniej, kiedy wszystko w domu przypomina o nieobecnosci zwierzaka, ktorego nie tylko bardzo sie kochalo, ale ktory byl jedynym towarzyszem, rodzina wlasciwie. Wisia poprosila nas jeszcze, zebysmy wzieli od niej zapas zwirku i kociego jedzenia, ktorego tyle zostalo i szkoda wyrzucac. Wzielismy...



... i polozylismy w pokoju goscinnym, dokad zaraz wtargnely ciekawskie koty i Toyka. O ile jednak Toyka i Bulka poprzestaly na obwachaniu i poszly sobie w swoja strone, tak Miecka zostala przy trofeach na dluzej. Wachala, ogladala i nagle jak nie zacznie prychac, syczec i warczec! Wyczula obcego. Zamknelam pokoj na glucho, bo co ma sie kot niepotrzebnie denerwowac. A zdobyczami podziele sie z corka, bo moje tego nie przejedza. Miecka w ogole nie jada mokrego, a to wszystko to mokra karma, wiec byloby tylko dla Bulki, a jest tam tego jedzenia chyba na dwa miesiace plus koci zwirek, co do ktorego nie jestem pewna, czy moje go zaakceptuja, zwlaszcza Bulka i czy nie zacznie na znak protestu sikac gdzie indziej.






poniedziałek, 18 września 2017

Dostalam maila.

Przypominam o glosowaniu! 

W srode dostalam maila od jakiejs firmy o nazwie XY (imie i nazwisko) Küche Designer (wyszukalam, ze ma siedzibe we Frankfurcie nad Menem) o mniej wiecej takiej (po niemiecku rozumie sie) tresci:
Szanowna Pani Anno P.
w zalaczeniu przesylamy pierwsza wizualizacje, tak moze calosc wygladac. Wyraznie widac, ze stol pasuje, jak to omowilismy. Zrezygnowalismy z wyposazenia czesci kuchni w  drewniane fronty, bo byloby za duzo drewna. Wneka bedzie miala szklana tylna sciane, kolor do ustalenia. Uwaga! Kolory tej wizualizacji nie zgadzaja sie z realnymi w 100%. Plyty zostana wymierzone wedlug umowy, bedzie wiec mozna obliczyc ogolne koszty kuchni.
Zameldujemy sie u Pani, ale moze to potrwac kilka dni.
Do uslyszenia, pozdrowienia itd.
XY
a pod spodem jakies linki, w domysle ta wizualizacja kuchni.
Nooo, mysle sobie, chyba zescie sie z glupim na lby pozamieniali, jesli myslicie, ze ja w te linki kiedykolwiek klikne. Rozne juz triki ogladalam, rozne pulapki na mnie zastawiano, zeby wpuscic mi trojany i inne wirusy w lapka, ale musze przyznac, ze to bylo dosc oryginalne. Potem naszla mnie refleksja, ze moze ktos uzyl moich danych, zeby zamowic sobie wypasiona kuchnie, a mnie beda scigac z rachunkami, wiec postanowilam na tego maila odpowiedziec, jednakowoz bez otwierania linkow. Wiadomo, strzezonego... Napisalam krotko i bez zbednych ozdobnikow, a nawet bez podpisu.
Niczego u Panstwa nie zamawialam.
Na wszelki wypadek jednak nie skasowalam maila, ino wpakowalam go do pliku "Proby oszustwa", bo jak cos, to bede musiala miec jakis dowod. Pozniej czyms sie zajelam i nie zagladalam na poczte, a w tym czasie przyszedl od nich drugi mail. Tym razem juz bez "szanownej".
Po co zatem byla Pani u nas ponad godzine na konsultacji? Po co wyrazala Pani swoje zyczenia w sprawie wygladu kuchni? Kiedy Pani wyszla, nie bylo oswiadczenia, ze rezygnuje Pani z planowania kuchni. To dla nas niezrozumiale. Prosimy o kontakt. Pozdrowienia (mimo wszystko)
XY
Nie odpowiedzialam na tego maila, bo jak wspomnialam, nie wiedzialam w ogole, ze nadszedl. Kiedy zajrzalam na poczte, byl tam juz kolejny mail od nich, trzeci.
Hallo, Pani P. (no prosze, od nowa w laskach)
Wystapil blad poczty mailowej, choc imie i nazwisko jest takie samo, a takze operator uslug mailowych. Wlasnie rozmawiam przez telefon z wlasciwa pania Anna P. (czyzby? Wlasciwa to JA jestem!) Prosimy o wybaczenie.
(bez podpisu, choc od nich, bo na "papierze" firmowym)
Na wszelki wypadek cala korespondencja zostala zachowana, a ja rzucilam sie do poszukiwac mojej imienniczki we Frankfurcie. No jest taka, pracuje w Bank of America, wiec stac ja z pewnoscia na zamawianie kuchni na wymiar. Jakie to przypadki chodza po ludziach, co nie?






sobota, 16 września 2017

Wisienka na torcie.

 Zaglosowaliscie juz dzisiaj? =>

Tytulowa wisienka na torcie bylo spotkanie przesiadkowe we Wroclawiu z Sonic i Gosianka. Najpierw jednak wyruszylam z Lodzi w strone zachodzacego slonca, jak w klasycznym westernie.


Nasz autobus mial niewielkie spoznienie, wiec dziewczyny juz na mnie czekaly. Dobrze, ze podalam numer autobusu, jakim jechalam, bo w tym tlumie i nawale kilkunastu autobusow, ktore naraz pojawily sie na dworcu, pewnie dlugo bysmy sie szukaly, a tak dziewczyny ustawily sie strategicznie i od razu moglam im rzucic sie w ramiona, wysciskac i wycalowac.


Mowie Wam, co za chaos na tym dworcu, ludzie lataja jak w amoku, autobusy manewruja w tej ludzkiej cizbie. Ze tam jeszcze kogos nie przejechali, zakrawa na cud, bo jezdza tylem i do przodu, a ludzie laza jak chca. Najpierw trzeba czekac na wydanie bagazu z lodzkiego autobusu, a wszystko to w klebach spalin plus kopcacy pet u mnie w paszczy, bo musze sie napalic przed dalsza droga, no otruc sie mozna. Potem czekanie na bus przesiadkowy, ktory dojechal pozniej, ciagniecie 30-kilogramowej walizy przez pol dworca, zameldowanie sie u pilotki i znow czekanie az kierowca zaladuje bagaz do nowego autobusu.
Na spokojne pogadanie zostalo naprawde niewiele czasu, ale nic to, sama ich obecnosc byla wzruszajaca, ze im sie chcialo taki kawal jechac, zeby przez kwadrans pobyc razem. Kochane!





Dziekuje Wam bardzo.





piątek, 15 września 2017

Ogrod botaniczny.

Czy uwierzycie, ze ja, lodzianka z urodzenia, ktora spedzila w tym miescie ponad 30 lat, nigdy wczesniej nie bylam w tamtejszym ogrodzie botanicznym? Ten obecny powstawal w latach 70-tych i jego ulepszanie trwa nadal, zreszta przeczytajcie pod podanym linkiem.
W piatek pogoda wprawdzie zaczela sie poprawiac, ale przed poludniem mama byla w Wigorze, a po poludniu bylysmy u kuzynki na imieninach, wiec kiedy w sobote rano zobaczylam podczas pierwszego dymka na balkonie to


postanowilam, ze trzeba te resztke pobytu dobrze wykorzystac. Autobus mialam kwadrans przed 18.00, wiec czasu bylo dosyc i padlo na ogrod botaniczny wlasnie. Szokiem dla mnie bylo to, ze za wejscie trzeba bylo zaplacic, u nas wstep do obydwu ogrodow botanicznych jest wolny. Obok budki z kasa stoi sobie taki posazek, a z jej dachu wita wszystkich dorodny krzyzak.



Ogrod jest ladnie polozony,  zadbany i bardzo rozlegly, jest gdzie wedrowac.






Mama lubi wprawdzie chodzic, ale juz nie te nogi, wiec czesto przysiadala na laweczkach, a ja w tym czasie eksplorowalam najblizsze okolice i robilam niezliczone zdjecia. Na trzech pierwszych sa jakies rzezby z wikliny.



































Jeszcze wielka mnogosc kwiatow, ale przewazaja zwiastuny jesieni, astry, dalie, sloneczniki i hortensje. Znow ogarnal mnie amok, bo co kwiatek, to ladniejszy i nie moglam sie oprzec.
Bardzo ciekawie zaaranzowane jest alpinarium, jest gdzie sie wspinac, a wielkie glazy tworza przepiekne kompozycje.













Nie brak tez wody, naliczylam trzy stawy. Najwiekszy jest prawie caly zarosniety grzybieniami, szkoda, ze akurat nie kwitly, to musi byc powalajacy widok.











I znow mama przysiadla, a ja buszowalam po alejkach.

















Ostatni oka rzut i czas sie zbierac w droge powrotna
Cudny spacer, ale nie sposob zobaczyc wszystkiego w tak krotkim czasie. Podobno na wiosne, kiedy kwitna cale kobierce tulipanow, ogrod cieszy sie wielkim wzieciem i kolejki po bilety ciagna sie az do ulicy. Moze kiedys uda mi sie utrafic na te tulipany.
Jeszcze po drodze na szybko pstryknelam Stajnie Jednorozca, jak powszechnie nazywa sie kolorowy przystanek przesiadkowy, pisalam o nim TUTAJ i nowy fajny mural.



Trzeba bylo sie spieszyc, gotowac i zjesc obiad, spakowac sie i szykowac do odjazdu. Nie moglo byc tak slonecznie i cieplo przez pozostale dni mojego pobytu? Wrrr... Ale dobry i jeden dzien slonca.